Sudety MTB Challenge 2019

Pomysł na wystartowanie w chyba najcięższej w Polsce etapówce mtb narodził się w naszych głowach już około 10 lat temu. Jednak życie zmieniło nieco plany i realizacja nastąpiła dopiero teraz. Na tydzień przed imprezą zgodziła się nas wesprzeć firma Shimano Polska oponami marki Continental model Mountain King w wersji Black Chilli, za co jesteśmy ogromnie wdzięczne. Na tych trudnych technicznie trasach spisały się po prostu doskonale, ratując nas wielokrotnie przed upadkiem i pomagając we wspinaczce po często nieprzyjemnie luźnej, lub śliskiej nawierzchni. Nie złapałyśmy ani jednej gumy, a jechałyśmy na ciśnieniu 1,5 bara i dętkach w wersji ultra light 😀 

Opony w wersji 26x2,3 ważą 690 gram/szt, więc może demonem lekkości nie są, ale za to trzymają w terenie doskonale, super szybko oczyszczają się z błota, a wzmocnione ścianki zapobiegają przykrym awariom (lub ułatwiają zastosowanie systemu bezdętkowego dla chętnych). W górach przebiły naszego dotychczasowego faworyta - Schwalbe Nobby Nic.

Wisienką na torcie był fakt, że to piętnasta, jubileuszowa edycja imprezy i organizator zmienił nieco jej formułę na łatwiejszą logistycznie. Nie było już codziennych przenosin, w tym roku dwa etapy wypadały w okolicach Stronie Śląskie, trzeci stanowił przelotówkę między Bardo a Głuszycą, a dwa ostatnie i chyba najcięższe odbyły się wokół Głuszycy. Limit osób mogących wziąć udział ograniczono do 300 osób, z czego ponad połowa to ekipy zagraniczne. Radosne i cieszące się jazdą w górach towarzystwo 🙂

Etap pierwszy z powodu całonocnej ulewy został skrócony z początkowych 63km do 48km - ucięto najniebezpieczniejsze zjazdy, aby ktoś nie skręcił sobie karku już pierwszego dnia. Nie płakałyśmy z tego powodu - dało nam to szansę na spokojniejsze wkręcenie się w góry...

 

Na drugim etapie nie było już taryfy ulgowej. Dodatkowo prześladowały nas awarie, które spowodowały, że był to dla nas jeden z najdłuższych dni w siodle... Dystans Classic wynosił 65,8km, w tym do pokonania 2219 m w górę. Po tym etapie zapadła decyzja, że dalej jadę sama. Niestety już bez klasyfikacji, ale przecież chodzi o to, aby się ujechać w górach, a nie koniecznie wspinać się na pudło  😉

Za szlakiem granicznym szybko nie zatęsknimy; kręta ścieżka na granicy z Czechami, niby płaska, ale usiana kamieniami i plątaniną śliskich korzeni. Takie coś potrafi umęczyć ciało i udręczyć ducha. Zmusza do ciągłego manewrowania kierownicą i hamulcami, nie ma chwili odpoczynku nawet na krótkich zjazdach. Mimo wszystko  wolimy to niż wkurzające mazowieckie piachy 😉

Etap trzeci to prawdziwa wisienka na torcie. Po upadlającym szlaku granicznym przyjemnie było podjeżdżać i zjeżdżać zakręconymi jak świński ogon single trackami w okolicy Srebrnej Góry. Znałam już te trasy z zeszłorocznego szkolenia enduro dla kobiet prowadzonego przez ekipę Specialized Polska (jeszcze raz dzięki Maria za super zabawę - polecam każdej pani która chciałaby w miłym i nie oceniającym towarzystwie spróbować swoich sił w terenie nieco trudniejszym niż Kampinos 😉 ). Tym razem przejechane na "klasycznym" sztywniaku na kole 26", bez opuszczanej sztycy, i tarcz 200 mm 😉 Da się? Da się!!

Tym razem "tylko" 57,3km i 2033m przewyższeń...

Jeśli ktoś miał nadzieję, że przedostatni etap będzie łatwiejszy, że organizator okaże miłosierdzie i da złapać oddech, to się pomylił.

59,5 km i 2033 km, w tym dwa podjazdy pod Wielką Sowę dla mojego dystansu Classic. Po poprzednich etapach tyłek mam już nieco wysiedziany, pada przelotny deszczyk, w kark wlazło jakieś cholerstwo. O losie... Na szczęście medycy na motorach wyposażeni są w mrożące spraye...  Trudy imprezy zmusiły sporo osób do wycofania się, a mi się jedzie dobrze na moim śmiesznym, małym rowerze. 1,5 bara na góry to ciśnienie optymalne, bo i przyczepność jest ok i na amortyzację na balonach 2,3 nie można narzekać. Przerzutka, z którą poprzedniego dnia były problemy - sama chciała decydować na jakim jest aktualnie biegu, dziś o dziwo w miarę się słucha. Dokoła pachnie jagodami i turyści wytrzeszczają oczy na bandę ubłoconych szaleńców mówiących w różnych językach...czad!

Ostatni dzień. Trochę szkoda, a trochę przeraża bo na 56,8 km mamy aż 2268 m przewyższeń, co oznacza sporo sztywnego pod górkę i dużo stromego w dół... Tym razem dopadam medyka z mrożącym sprayem dopiero na 34 kilometrze, a do tego czasu kark tak daje popalić, że ciężko utrzymać kierownicę i skupić się na zjeździe. A było co zjeżdżać.., zwłaszcza sypki i stromy zjazd do Głuszycy, którym organizator uraczył nas dwa razy...

Po wcześniejszych etapach nogi zaczęły pracować dopiero po 10 kilometrze (i dobrze, bo akurat zaczął się ciężki podjazd).  Rower spisał się pierwszorzędnie (chociaż nie mam już pięknego, czerwonego haka przerzutki tylko zwykły, czarny...), nogi też i taki był w sumie cel tego całego wyjazdu. Pierwsza górska etapówka ukończona. Sprawdziłam organizm i poćwiczyłam wolę. Wiem jaką stosować suplementację, jak jeść i pić. W przyszłym roku koniecznie coś w tym stylu, ale już z bagażem doświadczeń i do przemyślenia czy na małym kole czy może jednak większe...

Kurtyna.

Comments are Disabled