Posts in Category: Uncategorized

Sakwy vol. II dzień 11, ostatni.

13 Lipca 2016 r. Wigry –> Augustów –> Warszawa

Prognozy pogody mówią, że czas zbierać się do domu. Urlopu mamy jeszcze sporo, ale tego co dobre nie należy przedłużać na siłę. Wolimy zachować dobre wspomnienia, a nie tkwić w jednym miejscu pod dachem przeczekując deszcz dla nie wiadomo jakiej idei.

Ruszamy więc w Puszczę Augustowską. Żegnamy się z czaplą białą i stadkiem zajęcy opychając się pachnącymi poziomkami - dokoła ni żywej duszy, a przecież ktoś mądry kiedyś powiedział, że "chłop żywemu nie przepuści", "co większe niż wesz do domu bierz", no i mama zawsze powtarza, że dobrego nie należy marnować, więc cóż czynić. Czujemy się odrobinę usprawiedliwieni w naszym łakomstwie. Łezka się kręci gdy ruszamy w dalszą drogę, więc ocieramy ją łapami usmarowanymi poziomkowym sokiem i z westchnieniem pełnym nieutulonego żalu ruszamy w dalszą drogę, skupiając wzrok na gładkiej szutrówce.

 

Po drodze robimy jeszcze pętelkę po terenie słynnego w czasach epoki minionej ośrodka "Goła Zośka" - lekki smuteczek na widok smętnych chatek z dykty, wypalonych ognisk i walających się koło nich śmieci i potłuczonego szkła. Zdecydowanie wolimy nasze wakacje niż pobyt w takim miejscu spędu turystów przemierzających dystans od jeziora do swojej chatki w bamboszach, podśpiewujących pod nosem hit ostatniego zakrapianego wieczoru "Moja Mała Cyganeczko", czy coś w ten deseń. Elwis opuszcza budynek.

Peron w Augustowie to dziura. Jedyna sensowna (i asfaltowa!) droga do niego prowadząca kończy się...kładką. Drogi podróżny z objuczonym rowerem bądź na wózku inwalidzkim - fruń!

Przejście przez tory było by pewnie szybsze i łatwiejsze, ale nieco obawiamy się, że z naszymi ciężkimi bambetlami zawiśniemy niezgrabnie na którejś szynie i nasz zgon pod kołami lokomotywy nastręczy niepotrzebnego stresu jakiemuś bozi ducha winnemu maszyniście.

Wybieramy kładkę. W końcu młodzi jesteśmy, wysportowani. Wtachanie roweru ważącego jakieś 35-40kg to pikuś. Po drugiej stronie okazuje się, że pociąg do Warszawy będzie za godzinę. Jesteśmy tacy głodni, że zjedlibyśmy tyłek Gołej Zośki, a tu wygląda na to, że nie będzie czasu na zjedzenie obiadu (od peronu do miasta jest jakieś 8km i ta cholerna kładka po drodze).

Nie będzie PKP pluło nam w twarz. Mamy wakacje, umartwianie ciała pozostawiamy osobom w habitach. Jedziemy do miasta na porządny obiad, najwyżej zanocujemy w Augustowie i do domu pojedziemy dnia następnego. Tak też robimy, niemniej tym razem dajemy sobie spokój z kładką i próbujemy przedostać się po naszej stronie torów zabłoconą i mega dziurawą drogą terenową. Udaje się, choć w tempie emeryckim.

Wielka pizza i gorąca kawa podnosi morale. W informacji turystycznej na rynku u przesympatycznej pani dowiadujemy się, że jeszcze nie wszystko stracone, albowiem jest jeszcze jeden pociąg zmierzający w pożądanym przez nas kierunku, o którym jakoś na swojej stronie www PKP zapomniało wspomnieć. Z wdzięczności dajemy się naciągnąć na jakieś pamiątki...zgroza 😉

Co tu dużo mówić - z pełnymi brzuchami wracamy naszą błotnistą i dziurawą drogą na peron i ładujemy się do puściuteńkiego pociągu. Nasz wagon (wagon, nie mylić z przedziałem) mamy cały dla siebie, a od konduktora dowiadujemy się, że ten wcześniejszy pociąg jechał z Gdyni i był tak pełny, że sami bez rowerów byśmy się nie zmieścili, a co tu dopiero mówić z bambetlami. Ha!

Żeby nie było za idyllicznie, ostatnie pół godziny podróży spędzamy z pańcią wiszącą przez cały ten czas na telefonie i dziamgającą na cały głos ze swoimi dwoma psiapsiułkami. Nasz wagon nie był jedynym pustym, ale widać w naszym było najpiękniej. Wchłonięta przez ten czas wiedza o rodzinie bliższej i dalszej, chłopakach, mężach, narzeczonych i kochankach starczyłaby na scenariusz niezgorszej telenoweli. Napiszemy go w sekrecie, zarobimy miliony i już do końca życia będziemy tylko jeździć na rowerze 😉 Ech...

GALERIA