Sakwy vol. II dzień 3

05 lipca 2016r – Tumań – Sorkwity – Stary Gieląd

Z Tumania wyjeżdżamy z towarzyszącym nam bezchmurnym niebem. Wczorajszego popołudnia udało nam się na podwórku za zajazdem obmyć z węża rowery i podczyścić napęd, albowiem rzężenie pokrytego piaskiem łańcucha przyprawiało nas już o ból zębów, a poza tym zawsze dobrze jest zrobić mały przegląd roweru i posprawdzać czy nie poluzowały się gwinty, zwłaszcza w bagażnikach.

Czas poświęcony rowerom nigdy nie jest stracony - o czym przekonamy się nieco później 😉

Przekraczamy kładką senną o tej porze autostradę niedaleko miejscowości Kromerowo i na chwilę zatrzymujemy się na przylegającej do niej stacji benzynowej aby napić się przyzwoitej kawy i uzupełnić baterie do gpsa. Okazało się, że popełniliśmy mały błąd logistyczny, który mógł nas drogo kosztować. Nie chcąc być skazanymi na ładowanie akumulatorków, postanowiliśmy wziąć do gpsa zwykłe baterie i po prostu uzupełniać je po drodze. Niestety po pierwsze - omijaliśmy większe miejscowości więc ze sklepami wcale nie było tak różowo, po drugie zwykłe paluszki nasz gps pochłaniał jak żul darmowe wino. Dopiero następnego dnia wykombinowaliśmy patent z połączeniem dwoma kabelkami usb gps'a z powerbankiem, który umieściliśmy w torebce na kierownicy i tak zasilany gps mógł już jechać całymi dniami bez problemów. Porządny powerbank okazał się niezbędnym elementem wyjazdu tego i każdego następnego który zaplanujemy. To, albo zapleciemy przednie koło na piaście z dynamem 🙂

Dalej kierowaliśmy się w stronę jeziora Dadaj. Odbiliśmy od dróg asfaltowych i wjechaliśmy na gruntówki wijące się serpentynami między pięknymi, pokrytymi łąkami pagórkami. O żurawiach nie ma co wspominać bo tak nam spowszedniały, że nawet aparatu się nie chce wyciągać..Kto by pomyślał?

Jezioro Dadaj nie powaliło nas na kolana, a może akurat przejeżdżaliśmy w miejscu gdzie nic, tylko domki kempingowe i tłumy skaczących pod dyktando instruktora fitness grubasków końmi oderwanych od swoich biurek i foteli...

We wsi Czerwonka ciekawy budynek "Ekspedycja Towarowa Czerwonka" - jeszcze z czasów poniemieckich z pięknej, czerwonej cegły, oraz smętny, podniszczony budynek stacji kolejowej, który gdyby był odnowiony prezentowałby się całkiem interesująco.

W miejscowości Łabuchy zwiedzamy skansen maszyn i urządzeń rolniczych, czyli kilka eksponatów ustawionych w większości pod gołym niebem aby sobie spokojnie rdzewiały i gniły. Ktoś próbował zrobić coś fajnego dla wsi ale mu do końca nie wyszło, albo zabrakło determinacji.

Kolejna wieś - Węgój postarała się nieco bardziej, wzdłuż głównej drogi nastawiano bowiem kilka "warmińskich straszydeł" - każde opatrzone szczegółowym opisem i mające swoją historię. Sama wioseczka położona nad jeziorem Węgój też sprawiała sympatyczne wrażenie.

Nad kolejnym jeziorem - Jełmuń, zaczynamy się już powoli rozglądać za noclegiem. Dzisiejszy dystans nie powala, ale jak nie ma ochoty to na szczęście nie ma nikogo kto by nas zmusił aby jechać dalej. Dojeżdżamy do jeziora Gielądzkiego i w miejscowości Stary Gieląd znajdujemy kwaterę z widokiem na wodę. Niealeko w Sorkwitach w stanicy PTTK zaczyna się szlak wodny Krutyni. Tam też urządzamy sobie spacer i zjadamy obiad nad jeziorem Lampackim.

W tym miejscu zostaniemy dwa dni bo po pierwsze trzeba było zrobić przepierkę ciuchów, a po drugie pogoda się popsuła na tyle, że postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę autobusem do Mrągowa i zobaczyć jak się mają tradycyjni urlopowicze 🙂

Wszystko było by fajnie, gdyby tylko właściciel noclegu nie był takim "liskiem - chytruskiem"... Nastawiony na turystę niemieckiego liczy dosłownie za wszystko i wszystko przelicza na euro. Pranie - 20zł; zbunkrowanie dwóch rowerów w garażu - 4zł / sztuka / noc, czyli zapłaciliśmy 16zł za zajęcie mu w garażu 2m kwadratowych, a na koniec jako jedyny podczas całego naszego wyjazdu dosolił nam "opłatę klimatyczną"...Paragonu oczywiście nie otrzymaliśmy. Miejsce ładnie położone, pokój czysty i z widokiem na wodę, nad jeziorem pomost na którym można wypić piwo siedząc na ławeczce, gościu nawet ma żyłkę artysty, bo fikuśne krzesła i stoły zrobił sam z patyków i nawet jest to wygodne i wytrzymałe...a jednak drugi raz jak będziemy w okolicy to raczej nie skorzystamy.

Z przyjemnością pojechaliśmy dalej...

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 2

04 lipca 2016r – Łajs – Tumań

Po wieczornym deszczu rano nie ma praktycznie śladu, nie licząc wody zebranej na siedzeniach roweru wodnego który właściciel udostępnia w cenie noclegu, a z którego postanowiliśmy skorzystać popijając poranną kawę na jego pokładzie.

Jezioro Łajskie nie ma może krystalicznie czystej wody - raczej charakteryzuje się ona zielonkawą, mętną barwą, niemniej samo w sobie w pełnym słońcu prezentuje się nader ładnie.

Brzegi jeziora puściuteńkie, prawie nie ma wiatru więc mamy wrażenie, że całe jezioro należy do nas i do okolicznych ptaków - nad głowami kilka razy przelatuje nam para czapli siwych, a na drewnianej platformie na środku jeziora prażą się kormorany i kaczki.

Po powrocie rower wodny zastępujemy tymi naziemnymi i ruszamy w dalszą drogę. Z początku jedziemy przez piękny, suchy sosnowo - świerkowy las. sporo tu piachu, a teren co chwila wznosi się to opada, ale przecież jest pięknie 🙂

Mijamy jezioro Kalwa i Serwent, a po drodze niebo zaczyna się chmurzyć, zrywa się wiatr i popaduje deszcz. Największe ulewy przeczekujemy pod gęstymi krzakami pod parasolem (parasol był hitem naszego wyjazdu - dzięki niemu podróżowaliśmy względnie na sucho, albowiem większość ulew była przelotna). Zaczynamy też rozglądać się za noclegiem. Niestety nie jest to wybitnie turystyczny region, więc ofert za dużo nie ma. Ekspedientki w sklepie się nie orientują, właścicielka jednej napotkanej agroturystyki już ma komplet, ale przy nas dzwoni do swoich sąsiadów którzy - niestety również pokoje mają pozajmowane...Wszyscy rozkładają ręce. Ratuje nas napotkany pod sklepem pijaczek i okazuje się najlepiej poinformowaną osobą w okolicy. Wspomina o Starym Folwarku nad jeziorem Tumańskim i tam się udajemy.

Ostatecznie lądujemy w miejscowości Tumiany. Nocleg w Starym Folwarku okazuje się strzałem w dziesiątkę (lokalnemu pijaczkowi należy się flaszka). Ładne pokoje, miła obsługa i bardzo dobre jedzenie (śniadanie w cenie). Nawet rowery dało się umyć szlaufem w ogrodzie.

Na wieczór się wypogadza i pogoda znowu funduje nam spektakl w postaci tęczy nad jeziorem, a potem fantastycznego zachodu słońca 🙂

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 1

03 Lipca 2016r Warszawa – Działdowo – Łajs

Droga wciąga. Myśleliśmy o wyjeździe z biurem podróży z rowerami mtb ale ostatecznie pomyśleliśmy, że wcale nie jest fajnie być codziennie zmuszanym do przejechania konkretnego, z góry ustalonego odcinka niezależnie od chęci czy warunków pogodowych, nie jest fajnie że ktoś decyduje gdzie mamy się udać mimo, że nas kusiło by jakieś ciekawe miasteczko w zupełnie inną stronę, a dodatkowo jeszcze nie jest fajnie płacić za ten przymus jakieś chore pieniądze.

Padło więc na sakwy. Sprzęt mieliśmy w zasadzie kompletny, zaopatrzyliśmy się jedynie dodatkowo w mały palnik do gotowania i większe, metalowe kubeczki, oraz jednorazowe saszetki z owsianką (które okazały się rewelacyjne na śniadania. Na owsiance można długo jechać i nie czuć głodu).

Nie lubimy przebijać się na rowerach przez tereny miejskie, w związku z tym wyruszyliśmy z domu w niedzielę o 3:30 rano na dworzec Zachodni, peron 8...Kto był, ten wie jak on wygląda, kto nie był - niewiele stracił. Sam dworzec Zachodni został ostatnio całkiem przyjemnie odnowiony i wygląda nawet europejsko. Peron 8 zaś jest oddalony od dworca i pozostałych peronów o jakieś 700 - 800 metrów, otoczony rozwalającymi się budami i chaszczami, z widokiem na masywny owal starej gazowni. Pusto, cicho, za rozwalającym się płotem szczeka pies i zaczyna siąpić deszcz. Przygodę czas zacząć 😉

Całą drogę do Działdowa popadywał deszcz. Na miejscu z powodu większej ulewy musieliśmy zbunkrować się na drugie śniadanie na dworcu (hot-dogi i gorąca kawa działają cuda na morale), a w tak zwanym międzyczasie deszcz łaskawie sobie odpuścił.

 

Potem już tylko, wydawałoby się niekończąca się wstążka drogi i podróż na naszych obładowanych czołgach (rowery ważyły z bambetlami 39kg i 33kg - to nie dużo, biorąc pod uwagę że norma dla rowerów z sakwami to jakieś 45kg).

Warto w tym miejscu napomknąć, że niewiele osób zdaje sobie sprawę, że takie obciążenie plus wagę rowerzysty muszą unieść rowerowe koła, a zwłaszcza opony. Zwykła opona kupiona za ok. 50zł sztuka może nie wytrzymać trudów podróży i popsuć nam cały wyjazd. Warto zwrócić uwagę na opisy opon (np. Schwalbe zaznacza na swojej stronie dedykowane obciążenie dla danego modelu opony - można się srogo zdziwić), żeby potem nie musieć całego majdanu nieść na plecach... Opony dedykowane pod większe obciążenie wzbogacone o wkładkę antyprzebiciową kupuje się raz na wiele wyjazdów i można zapomnieć o przysłowiowym "kapciu". Inwestycja nie mała, ale zdecydowanie opłacalna.

Po drodze mijamy garncarską wioskę koło miejscowości Kamionka gdzie pijemy kawę, przymusowo przejeżdżamy przez Nidzicę albowiem nasza trasa okazała się terenem budowy pod nową autostradę, mijamy pierwsze jeziora w okolicy Wikna i w Nataci Wielkiej jemy znakomity, zasłużony obiad. Jedzenie polecamy, właścicielkę noclegu już mniej albowiem przestała być miła w momencie, gdy usłyszała że interesuje nas jedna noc. Cóż. Pojechaliśmy dalej szukać noclegu i dobrze zrobiliśmy, bo dojechaliśmy do miejscowości Łajs gdzie przyjęto nas z otwartymi ramionami i darmowym browarem, a wieczorem przyroda jeszcze zafundowała nam spektakl w postaci fantastycznej tęczy nad jeziorem 🙂

GALERIA

Lamy jadą na sakwy cz.8 OSTATNIA

Pobudkę zaplanowaliśmy na 4:00 rano, aby zdążyć jeszcze wrzucić coś na ząb. Około 2:00 w nocy obudziły nas grzmoty i wzmagająca się wichura. Nadchodziła potężna burza. Wyrwani ze snu dwie godziny przed pobudką, planowaną i tak barbarzyńską porą, zaczęliśmy obserwować niebo za oknem, na którym coraz gęściej błyskały pioruny.  Szykowało się jazda po ciemku i w burzy.  Musieliśmy zdążyć na poranny pociąg bo …innego nie było.

Te ostatnie 30 km zapowiadało się całkiem paskudnie.

Zdecydowaliśmy się czekać do ostatniej  chwili z nadzieją na uspokojenie. Za oknem  istne szaleństwo. Deszcz siekł strumieniami, wiatr przyginał drzewa do ziemi i łamał gałęzie, drobniejsze rzeczy porzucone na podwórku pod nami zaczęły żyć własnym życiem, a zamiast ścieżki prowadzącej do kanciapy z naszymi biednymi rowerami ujrzeliśmy mały ale całkiem żwawy potoczek. Około 3:30 wszystko nagle ucichło, a woda kapała jedynie z liści mokrych drzew. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się jaśniejsze pasemka nie przykryte chmurami. Mogliśmy odetchnąć z ulgą. 

Wschód słońca przywitał nas w mniej więcej 1/3 dystansu, na górze jednego z podjazdów. Asfalt powoli wysychał, droga przed nami zaskrzyła się jak metalowa  wstęga  zachęcająca do podróży.

Dalej już było tylko lepiej. Po pokonaniu pagórkowatego odcinka, mniej więcej od połowy trasy było już tylko w dół do samego Zamościa, który przywitał nas piękną, słoneczną pogodą.

Przyjechaliśmy nieco przed czasem, dokonaliśmy więc bohaterskiego czynu którego obiecujemy już nigdy nie powtórzyć – napiliśmy się kawy z automatu koło budynku miejskiego ZOO znajdującego się naprzeciwko dworca. Jeden z gorszych syfów jakie można sobie wyobrazić. Nie polecamy.

Kolejną „przygodą życia” była wymagająca nie lada ekwilibrystycznych umiejętności przebiórka z ciuchów rowerowych na cywilne w Toi-Toiu koło stacji (stacja zamknięta), dokonana na domiar złego na częściowym bezdechu albowiem oddychanie groziło udekorowaniem tego przybytku porannymi kanapkami ze śniadania.

Po załadowaniu naszych szanownych osób i jeszcze bardziej szanownych rowerów do pociągu po raz kolejny pogratulowaliśmy sobie, że oto jedziemy z naszymi i tak już obdrapanymi „blaszakami”, a nie wychuchanymi karbonami.  Nie dość bowiem, że było, jak to zwykle w PKP, ciasno, to jeszcze pozostali cykliści dosyć bezceremonialnie wpychali swoje rowery bez żadnego respektu dla tych co już stały zaparkowane. Obce pedały w naszych szprychach… Przykry widok;)

Tak oto dojechaliśmy do Lublina, gdzie mieliśmy przesiadkę do właściwego pociągu który miał nas zawieźć do domu. Czasu było sporo, więc wczesny obiad był by jak najbardziej na miejscu. I tu mały zonk…

W okolicy stacji (odnowionej, a jakże) syf, mogiła i „bary”, w których świeże było tylko piwo, bo ono przynajmniej regularnie schodzi. Pytani o pizzerię tubylcy patrzyli na nas jak żaba na piorun, drapali się po głowach i z uporem maniaka wskazywali „bary” z piwem.

Coś na ząb w postaci w miarę zjadliwej pizzy udało nam się znaleźć jakieś 1,5km od dworca, na stacji benzynowej. Uff. Do Lublina w najbliższym czasie się nie wybieramy.

Reszta dłuższego opisywania nie jest warta, ot – pociąg, Dworzec Centralny, dom, góra prania i stęskniony kot J

Małe podsumowanie jeśli chodzi o sprzęt: Zdecydowanie do takich wyjazdów nie ma co szykować sobie jakiejś wychuchanej luks – machiny, albowiem zostanie i tak podniszczona i obdrapana jak nie w pociągach, to w szyno busach, poza tym – mniej atrakcyjny rower mniej przyciąga złodziejstwo różnej maści. Musimy pomyśleć nad solidniejszymi kołami. Te na których jechaliśmy dają radę, ale w teren strach wjechać. Zwłaszcza, że moje przednie koło ma zaplot w tzw. „słoneczko”, który może je efektownie wygląda, ale jest bardzo podatny na wyrwanie kołnierzy z piasty albo centrowanie.

Zdecydowanie przydaje się mieć chociaż z przodu hamulec tarczowy (oczywiście mechaniczny – kto się będzie na wyjeździe bawił w przelewanie zapowietrzonej tarczówki?) – łatwiej wyhamuje obciążony rower i nie zużywa tak obręczy w przypadku kiepskiej pogody i błota.

Lusterka to podstawa. Bez nich trzeba się ciągle oglądać co grozi wypadkiem i później orientujemy się, że jakiś samochód zbyt blisko nas mija.

Nie należy skąpić na porządne opony wyprawowe. My nie złapaliśmy ani jednej gumy, opony świetnie zniosły ciężar stalowych rowerów + sakw + nas i nadal wyglądają jak nówki.

Nie oszukujmy się – wyjazd z sakwami to nie wyjazd na szaleństwo w terenie. O tym można zapomnieć. Jeśli komuś brakuje szaleństwa po kamieniach i technicznych zjazdów, niech zaplanuje dwa urlopy – jeden na sakwy, drugi na szaleństwo.

Nie warto oszczędzać na tanich bagażnikach i sakwach. Te droższe, sprawdzonych marek zniosą telepanie w terenie bez szwanku i nie trzeba będzie potem targać bagażu w zębach J

I ostatnie – oboje odnieśliśmy takie samo wrażenie. Był to pierwszy wyjazd, na którym można się było totalnie oderwać od codzienności. Była tylko droga, piękne widoki, nieznane przed nami, uczucie przygody i wolności. Nabraliśmy też szacunku dla osób podróżujących z sakwami (umówmy się – nasz wyjazd był zaledwie „wycieczką” w porównaniu z tym czego ludzie dokonują na swoich rowerach). Jeśli ktoś nazywa takie osoby pogardliwie „lamerami”, to po prostu nie wie o czym mówi, a w takich wypadkach kulturalnie jest milczeć, a wypowiadać się dopiero jak się samemu weźmie udział w takim wyjeździe.

GALERIA

Lamy jadą na sakwy cz.7

13 VIII 2014r środa:  Krasnobród – Zamość – Krasnobród

W środę rano nie padało, ale też szału z pogodą nie było. Aby dać słońcu szansę najpierw zrobiliśmy rundę po Krasnobrodzie (całkiem spory zalew na rzece Wieprz gdzie tłumy grubych dorosłych wylegują się na piasku, a ich latorośle pluskają w wodzie lub rozjeżdżają siebie nawzajem gokartami na pedały, oraz spora baszta z punktem widokowym niedaleko).

Popędzani przez rozwydrzoną dzieciarnię na gokartach szybko wróciliśmy do pokoju, uzbroiliśmy rowery tylko w torby na kierownice i pognaliśmy osuszonymi asfaltami do Zamościa.

Temu wyjazdowi przyświecały dwa cele – po pierwsze chcieliśmy zawczasu zlokalizować dworzec z którego dnia następnego z rana mieliśmy się ewakuować do Warszawy (a nie jest fajnie o świcie, z objuczonym rowerem na ostatnią chwilę tłuc się po nieznanej okolicy w poszukiwaniu pociągu), oraz zwiedzanie samego miasta, bo to ponoć „perła renesansu” i „Padwa północy”.

Trasa którą przyszło nam jechać jest i fajna i nie fajna – fajna, bo prowadzi mocno pagórkowatym terenem a dookoła rozpościerają się widoki na pola tytoniu i sady. Nie fajna, bo prowadzi dosyć mocno uczęszczaną drogą na której praktycznie nie ma sensownego pobocza. Tak tutaj, jak i na wielu wcześniejszych drogach wdzięczni byliśmy za lusterka na kierownicach. Niejeden „Pros” żachnie się, że to „lamerstwo” i „obciach”, niemniej lusterka przez całą wyprawę nie dość, że pozwalały zawczasu dostrzec niebezpieczeństwo, to jeszcze pozwalały na kontakt wzrokowy  bez ciągłego oglądania się za siebie, co czasem powoduje niebezpieczne „chybnięcia” objuczonego roweru.

Sprawdzenie trasy „na lekko” dzień wcześniej pozwoliło nam też wstępnie oszacować czas potrzebny na pokonanie jej w dzień wyjazdu, już z sakwami. Liczne podjazdy po drodze sugerowały, że łatwo bynajmniej nie będzie.

Zamość całkiem mile nam się objawił. Wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Stare Miasto jest kolorowe i piękne, a kwadratowy rynek znacznie obszerniejszy od tego warszawskiego.

Znajdziemy tam barwne kamienice, zdobny ratusz, fragmenty murów obronnych biegnących dawniej dokoła miasta – obecnie remontowanych, Pałac Zamoyskich itp. „Troszkę” mniejsze wrażenie wywarł na nas budynek dworca, ale co tam – nie można mieć wszystkiego J Małą wpadkę zaliczyliśmy w jednej z kawiarni na rynku. Pokarało nas kawowe łakomstwo. Zaserwowana nam mrożona latte z lodami była wodną lurą z rozbełtanym wodnym czymś co koło lodów nawet nie stało, zapłaciliśmy zaś za ten wątpliwej jakości napitek tyle, co za duży słoik rozpuszczalnego Kronunga…ech. Poczuliśmy się tak, jak na to w danej chwili zasługiwaliśmy – jak wydymani, naiwni turyści. Z oferowanych przez ten sam lokal ciastek postanowiliśmy już nie korzystać. W zwykłym spożywczym kupiliśmy sobie po drożdżówce i ruszyliśmy w drogę powrotną na obiad w naszym pensjonacie i pakowanie przed wyjazdem.

GALERIA

Lamy jadą na sakwy cz.6

12 VIII 2014r. Wtorek, Lubycza Królewska -> Krasnobród

Dzień pod znakiem deszczu. Pobudka jak na nas późno bo o 7:00. Śniadanie bez kawy bo zabrakło mleka, a wiedząc,  że i tak czeka nas mokra jazda, żadnemu z nas nie chciało się nasiąkać woda na zapas dla głupiej używki. Z nosami na kwintę odpękaliśmy szybkie kanapki i w drogę.

Chmury wisiały nisko i póki co były suche -  miła odmiana od codziennej lampy która usmażyła nam wszystkie odsłonięte części ciała. Znacznie się ochłodziło – prawie o 10 stopni (z wczorajszych 34, do 24 stopni, a potem nawet 22 czy 18…).

Najgorsze przyszło po przejechaniu około 10 km. Senna mżawka przekształciła się w ulewę, a potem nawet w szkwał, który omal nie zwiał nas z drogi. Musieliśmy przeczekać pod przygodnym daszkiem jakiejś knajpy. Ulewa obnażyła braki w wyposażeniu  -  brak przedniego chlapacza. Za to sakwy sprawdziły się znakomicie – w środku wszystko pozostało idealnie suche.

Gdy wichura z ulewą odpuściły, a deszcz ponownie przybrał postać mżawki, ruszyliśmy dalej przekonani, że co miało zmoknąć to już zmokło, a stanie w oczekiwaniu na przejaśnienie, zaowocuje nam tylko wyziębieniem.

Uzbrojeni w przeciwdeszczowe kurtki ruszyliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, gdzie spędziliśmy chwilę przy gorącej kawie. W międzyczasie pogoda postanowiła, że jednak nasze rowery są nadal brudne, więc deszcz się nasilił i tak w chłodnych strugach, popedałowaliśmy krętą drogą o coraz gorszej nawierzchni w stronę Krasnobrodu. Spora część trasy biegła wśród lasów, więc wiatr nam nie dokuczał, a omijanie kałuż po pewnym czasie zdało się zbędne, więc zaczęliśmy je radośnie rozjeżdżać patrząc kto zrobi większy rozbryzg.

Wyglądało na to,  że z krainy pól kukurydzy wjechaliśmy do krainy tytoniu. Pierwsze pole zaskoczyło nas wyłaniając się na małej polance w lesie. Niczym typowe, miastowe dzikusy, chyłkiem, żeby nie zwabić właściciela poletka i uniknąć jego słusznych roszczeń, urwaliśmy na pamiątkę listek wielkości ręcznika. Mamy go do dzisiaj w suchym bukiecie.

Wcześniej wspominałam o pogorszeniu się jakości drogi -  jest to zdecydowanie łagodne określenie. Można powiedzieć, że z dróg sponsorowanych przez Unię, równych jak stół przyszło nam poruszać się po dziurach, od czasu do czasu przeplatanych kawałkiem bardziej płaskiej nawierzchni. Chyba już wolelibyśmy przyzwoitą szutrówkę.

Tym większa była nasza radość, gdy wreszcie dojechaliśmy na miejsce i w barze „Marta” uraczyliśmy się schabowym z ziemniakami, wielkim bukietem surówek i gorącą herbatą z cytryną. W tym samym lokalu były pokoje do wynajęcia, decyzja więc była prosta – tam nocleg nasz, gdzie micha nasza!

GALERIA

Gruby rower cz.2 – Jak to jeździ ?!

Jak to jeździ ?!

Rower złożony. Zachwyt i podziw powoli mijał. Nadszedł czas na pierwsze jazdy i próbę odpowiedzi na tytułowe pytanie. Swoją drogą to najczęstsze pytanie jakie pada przy okazji zobaczenia fatbike'a. Jest to w pełni zrozumiałe, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, iż takich rowerów jest naprawdę bardzo, bardzo mało. Podczas wielu lat jazdy, przejechania kilka razy Alp (trochę się chwalę, ale to pokazuje skalę) spotkałem jednego Grubasa. Na Kępie Potockiej w Warszawie. Kombinacja wielkich kół i małej optycznie ramy zwraca uwagę i ściąga spojrzenia. Prowokuje pytania.

Zanim na nie odpowiem zapraszam na film.

Na teren pierwszych testów wybrałem górkę na Moczydle w Warszawie i Las Bielański. Ta pierwsza jest o tyle ciekawa, że ma kilka różnych rodzajów nawierzchni – od asfaltu do szutru. Dodatkowo można na niej jeździć „na przełaj' bo nie jest mocno obsadzona drzewami. Bielański wybrałem, ze względu na bardzo duże zróżnicowanie tras w nim.

Podjazdy po twardych nawierzchniach Farley pokonuje bardzo sprawnie. Czuć co prawda, że nie jest to rakieta na podjazdach, ale pewność z jaką jedzie i łatwość utrzymania rytmu robią swoje. Ty pedałujesz on jedzie. Bez względu na nawierzchnię pnie się do góry. Mokra trawa, szuter – nie ma to większego znaczenia.

Przy zjeżdżaniu po luźnych nawierzchniach czuć skłonność do lekkiego, kontrolowanego driftowania 🙂 Nie należy tego utożsamiać z brakiem kontroli nad rowerem. Ten aspekt powróci przy jeździe po śniegu i lodzie ale o tym dalej.

W lesie to bardziej Toyota Land Crusier niż Mitsubishi Evo.

Jest mniej żwawy niż maszyny do XC i minimalnie trudniej się skręca (ciężkie koła robią tu robotę). Ja spodziewałem się sporo gorszej jakości jazdy. Nie ma w nim ociężałości, tępoty - to nadal bardzo sprawny sprzęt ale po prostu inaczej jeżdżący. Jak jedziesz to czuć potęgę i pewność prowadzenia. Przy odpowiednim balansowaniu ciśnieniem w oponach można zdziałać cuda. Podjechać wszystko, co możesz dopóki nie spadasz z siodła. Przejechać każde błoto i piach jaki napotkasz.

Na skraju Puszczy Kampinoskiej są łachy piachu, gdzie jeżdżą offroad'owcy i można się nam na fatbike'u doskonale bawić. Zjeżdżać, podjeżdżać, przejeżdżać. Ubaw doskonały. Przy zjazdach amortyzacja samych opon jest wystarczająca przy mazowieckim terenie. W tym roku dwóch gości jechało TransAlp na Fatbikach. Dla mnie to sztuka dla sztuki. Na trudnych (tj. kamienistych) i szybkich szlakach brak tłumienia będzie po mojemu mocno dawał się we znaki i tylko rozhuśta rower nie wygaszając nierówności. Małe górki w terenie jeździ fajnie.

Na asfalcie wszystko zależy od ciśnienia w oponie. Jak opona ugina się na ok 5-8 mm jest ok i bardzo fajnie jedzie się po twardym. To nie są prędkości i opory szosówki ani nawet zwykłego górala, ale nie ma tragedii. Jedzie się bardzo przyjemnie. Przestaje się zauważać krawężniki, dziury w drodze. Jedzie się.

Problemy zaczynają się, gdy zbyt zmniejszymy ciśnienie w oponach. Drastycznie rosną opory toczenia przy ugięciu opony na 1.5-2 cm. Da się jechać maksymalnie 20 km/h przy dźwięku przetaczanego walca. Gorsze zjawisko i mniej bezpieczne to układanie się opony przy zakręcaniu. Przy zbyt niskim ciśnieniu ścianka boczna opony może się załamywać i pogłębiać skręt. To mało przyjemne zjawisko, ale występuje tylko przy zdecydowanie zbyt niskim ciśnieniu w oponach.

Przy doborze ciśnienia trzeba się kierować prostą zasadą - niskie ciśnienie, lepsza trakcja w terenie = bujanie na asfalcie i większe opory toczenia.

W Święta jeździłem po „dzikich” terenach nad Wisłą. Trakcja w śniegu, w terenie jest niesamowita. Wrzucasz niższy bieg i ogień. Jak się przełamiesz to jedziesz prawie wszędzie. Chcesz przejechać od mostu do mostu skrajem rzeki – nie ma problemu. Chcesz przejechać piaszczystą plażę przykrytą śniegiem – nie ma problemu. Chcesz pojeździć po wysokich, lekko zmrożonych trawach – nie ma problemu.

Rower jedzie w miejscach gdzie psom ciężko się biega.

Fajne jest to, że on tak jedzie pod każdym jeźdźcem. Podczas świątecznej jazdy spotkałem nad Wisłą dwie dziewczyny i chłopaka, którzy byli na spacerze ze swoimi psami. Jak oni jeździli na Farley'u to widać było, że jazda w trudnym terenie nie sprawia im (i Grubasowi) żadnej trudności.

Jedyne co zauważyłem do tej pory to to, że nie lubi oblodzonego asfaltu i zamarzniętych kałuż. Nacisk na przednie koło rozkłada się na bardzo dużej powierzchni i może ślizgać się przód. Podobnie było przy jeździe w dół po luźnej nawierzchni. Tam jednak poczucie kontroli nad rowerem było większe.

Zamiast podsumowania

Do tej pory przejechałem na moim Farley'u ponad 450 km. Kupowałem go trochę w ciemno, ale z każdym przejechanym kilometrem utwierdzam się przekonaniu, że było warto. Najbardziej przemawia do mnie filozofia jaka stoi za Grubasami. Dla mnie są nastawione na bezciśnieniową jazdę i eksplorację. To pierwszy rower do którego założyłem bagażnik, pierwszy gdzie waga nie ma większego znaczenia. Ciepło się ubieram, biorę aparat i przy -10 jadę na wycieczkę. Zero spięcia, choć na liczniku tylko 18-20km/h.

Od kiedy go mam wzbudza same pozytywne emocje, więc jak tylko masz miejsce i zera na koncie polecam się w takiego zaopatrzyć...a w następnym odcinku robimy Grubego Tubelessa :)) Zapraszam już teraz

Motywacja

Czasem, gdy ciężko nam się zmusić aby wsiąść na rower poszukujemy czegoś, co nas zmotywuje do wysiłku. Rowerowe filmy wyświetlane gdy jeździmy na trenażerze, szosowa grupa wzajemnej adoracji (ustawka na konkretną godzinę, wstyd nie przyjechać), opłacone zajęcia spinningu.

Wszystko oczywiście dla zdrowia, albo dla formy, albo celem zmniejszenia masy. Cele te są jak najbardziej godne podziwu. Skuteczne do nich dążenie również.

Niemniej, gdy dzień w dzień, miesiąc w miesiąc poszukujemy kolejnego motywatora aby wyjść na rower / wsiąść na trenażer czy to ze względów zdrowotnych czy ambicjonalnych (urwać kolegów, wygrać maraton itp) - czy przypadkiem coś, co kiedyś było albo miało być frajdą nie zamienia się w przymusowy kierat? Gdzie umyka nam fun? Kiedy ostatnio wyszliśmy na rower aby po prostu poszczerzyć zęby w uśmiechu do słońca? Kiedy zaczęliśmy spotykać się z ludźmi na rowerze tylko po to, aby za parę km ich "urwać" z koła?

Warto czasem o tym pomyśleć gdy będziemy kolejny raz karać organizm zaginając się na zabój na naszym góralu/szosie, a pot szczypał nas będzie w oczy, przestać na chwile pedałować, dać rowerowi ponieść nas w ciszy i tej ciszy, grania świerszczy i szumu drzew przez moment posłuchać. Pojechać dla samego nacieszenia oczu widokami i umysłu ciszą lub rozmową z przyjaciółmi.

Czasem dookoła dzieją się fantastyczne rzeczy - wystarczy przestać wrzepiać oczy w przednie koło i pulsometr...

-KE-

Gruby rower – skradziony Farley 6 z MyBike

09.12.14 około godziny 16:00 spod sklepu rowerowego na Mokotowie przy Al. Niepodległości 119 skradziony został FatBike Trek Farley 6 w rozmiarze 17.5″. Rower był przeznaczony do jazd testowych i nosił numer seryjny: WTU175G0414J

Rower był przypięty do stojaka rowerowego, złodziei było trzech, przecięli zapięcie i uciekli do stacji metra Racławicka, wysiedli najprawdopodobniej na Polu Mokotowskim.

Trek Farley 6 – Rozmiar 17,5″
Rower właściwie nowy, w oryginalnej konfiguracji, doklejona wlepa „rowery testowe” którą pewnie już zerwali.
http://www.trekbikes.com/pl/pl/bikes/mountain/trail/farley/farley_6/

Nagroda za pomoc w odzyskaniu roweru.
Wszelkie informacje mogące pomoc proszę słać na info@mybike.pl lub dzwonić 22 844 99 99

Gruby rower cz. 1

Hmmmmm...od czego by tu zacząć ??

Od danych technicznych? Od pierwszych wrażeń z jazdy? Od odpowiedzi na pytanie "po co to jest"?

NIE ! Zacznę dość pospolicie - od przedstawienia się. Otóż mam na imię Kuba, od ponad 20 lat mam rower (a czasem nawet kilka na raz) i różnie sobie na nich jeżdżę. Jeżdżę dla siebie, dla frajdy, dla przyjemności. Zdarza mi się startować w maratonach, ale bez jakiegokolwiek ciśnienia i wyniku. Kilka razy przejechałem Alpy na rowerze. Prócz polskich gór mam objechanych kilka szlaków w Dolomitach, w Chorwacji, i Grecji. Na Cyklozie będę pisał głównie o moim fatbike'u. To Trek Farley 6 z rocznika 2015 w rozmiarze 17.5".

Pytanie: Dlaczego fatbike? Odpowiedź: Na takim rowerze jeszcze nie jeździłem

Nie jest to może stenogram, ale tak można streścić jedną z rozmów jakie toczyliśmy po tym jak w maju Trek pokazał go w specyfikacji na sezon 2015. Do tej pory był on praktycznie tylko dostępny w Stanach a teraz miał się pojawić po naszej stronie Atlantyku. Za wielką wodą fatbike to nie jest niszowy sprzęt. Grubasy mają swoje zawody, są firmy robiące pełne spektrum gadżetów do nich - kolców do opon po buty spd odporne na 30 stopniowe mrozy.

Pod koniec maja tak go polubiłem (patrząc na zdjęcia), że złożyłem zamówienie i czekałem. Wraz z moim czekaniem rozpoczynała się cicha rewolucja Grubych Rowerów w Europie. Coraz to nowi producenci pokazywali kolekcje, bańka rosła. W międzyczasie podczas prezentacji Treka na sezon 2015 przymierzyłem się do niego i zdecydowałem się na 17.5" w miejsce 15.5". Mam ok. 170 cm wzrostu i po przymiarce ten wydał mi się lepszy, pomimo tego, że fulla mam 15.5" ale na dużym kole.

Wreszcie pod koniec września przybył. Pierwsze zaskoczenie - to rower, który dostajesz w dwóch kartonach! W jednym przychodzi rama z napędem, itp a w drugim koła. Patrząc na specyfikację rower wydaje się drogi. Ma sztywny widelec, osprzęt to mieszanka XT i Deore. Miłym dodatkiem okazała się przednia przerzutka X.0 zamiast X.5, ale to zauważyłem dopiero kilka dni temu. Jednak, jak weźmiemy pod uwagę, że tak na prawdę cały fatbike ma bardzo mało typowych części to inaczej patrzymy na cenę. Rama, widelec, piasty, obręcze, opony, korba, itp. --> to wszystko jest inne i dedykowane do tego typu rowerów. Z estetycznego punktu widzenia nie mam mu nic do zarzucenia. Rower jest ładnie pomalowany, lekko metalizowany lakier ładnie błyszczy w słońcu. Plusem jest to, że wszystkie kolorowe części są w tym samym odcieniu, który koresponduje z lakierem na ramie. Montaż nie był natychmiastowy, bo trzeba było wyciągnąć z ramy końcówkę pancerza przerzutki, która nam tam wpadła.Dokręciliśmy pedały i zmieniliśmy kasetę. Jako, że miałem w swoich zapasach lekko używaną XT 11-36 to ją założyłem zamiast Deore. Lepiej pracuje i jest sporo lżejsza.

W kolejnych odcinkach bardziej opiszę jak wszystko działa i jak jeździ. Tymczasem zapraszam na film. Jak chcecie się dowiedzieć czegoś konkretnego to piszcie proszę w komentarzach lub na FB.

Życzliwości

K.