Mycie napędu to _czysta_ przyjemność! :-)

A teraz coś dla leniwych. Mycie łańcucha i kasety należy do najbardziej brudzących i upierdliwych chyba z całego roweru. Szejkowanie, czyszczenie w "maszynkach", w śmierdzącej benzynie itp zawsze zajmuje nasz czas i nas brudzi.

Ale w naszych głowach pojawił się pomysł, został zrealizowany, przetestowany i oto się nim dzielimy - myjka ultradźwiękowa załatwia Wam sprawę  Wrzucamy do niej łańcuch czy tryby kasety na 10 minut i po sprawie. Możecie użyć specjalnego szuwaksu do napędu, albo i ciepłej wody z odrobiną proszku do prania - działa tak samo. Było zasyfione, wychodzi czyste jak nigdy dotąd po żadnym szejkowaniu. Tak więc - miłej zabawy !

Nowy rok, nowy sprzęt :-)

Nasze dotychczasowe rowery pod sakwy złożone były na kultowych, stalowych ramach Cr-Mo Treka z lat 90-tych. Idea stalowych rowerów jest o tyle słuszna, że w razie pęknięcia teoretycznie na byle wiosce byle kowal nam to pospawa. Niemniej te akurat ramy były ramami onegdaj wyścigowymi, więc rury mają cieniowane i geometrię sportową, oraz ponieważ pochodzą z lat kiedy na topie były cantilevery a o v-brake jeszcze nikt nawet nie śnił, mocowania do tylnych hamulców tarczowych także w nich brak...Złożone aby spróbować czy sakwiarstwo w ogóle przypadnie nam do gustu spełniły swoje zadanie, czas na zasłużoną emeryturę. 

Od nowego roku wchodzimy w sakwy na grubo, przyszedł więc czas na zmianę ram, wywalenie kół z pękającymi szprychami 😉 , zainwestowaliśmy też w mechaniczne tarczówki Avida. Efekt jak widać. Na razie sprawdzone "na lekko", w trasę pojadą pewnie jak zwykle w lipcu.sierpniu.

Sakwy vol. II dzień 11, ostatni.

13 Lipca 2016 r. Wigry –> Augustów –> Warszawa

Prognozy pogody mówią, że czas zbierać się do domu. Urlopu mamy jeszcze sporo, ale tego co dobre nie należy przedłużać na siłę. Wolimy zachować dobre wspomnienia, a nie tkwić w jednym miejscu pod dachem przeczekując deszcz dla nie wiadomo jakiej idei.

Ruszamy więc w Puszczę Augustowską. Żegnamy się z czaplą białą i stadkiem zajęcy opychając się pachnącymi poziomkami - dokoła ni żywej duszy, a przecież ktoś mądry kiedyś powiedział, że "chłop żywemu nie przepuści", "co większe niż wesz do domu bierz", no i mama zawsze powtarza, że dobrego nie należy marnować, więc cóż czynić. Czujemy się odrobinę usprawiedliwieni w naszym łakomstwie. Łezka się kręci gdy ruszamy w dalszą drogę, więc ocieramy ją łapami usmarowanymi poziomkowym sokiem i z westchnieniem pełnym nieutulonego żalu ruszamy w dalszą drogę, skupiając wzrok na gładkiej szutrówce.

 

Po drodze robimy jeszcze pętelkę po terenie słynnego w czasach epoki minionej ośrodka "Goła Zośka" - lekki smuteczek na widok smętnych chatek z dykty, wypalonych ognisk i walających się koło nich śmieci i potłuczonego szkła. Zdecydowanie wolimy nasze wakacje niż pobyt w takim miejscu spędu turystów przemierzających dystans od jeziora do swojej chatki w bamboszach, podśpiewujących pod nosem hit ostatniego zakrapianego wieczoru "Moja Mała Cyganeczko", czy coś w ten deseń. Elwis opuszcza budynek.

Peron w Augustowie to dziura. Jedyna sensowna (i asfaltowa!) droga do niego prowadząca kończy się...kładką. Drogi podróżny z objuczonym rowerem bądź na wózku inwalidzkim - fruń!

Przejście przez tory było by pewnie szybsze i łatwiejsze, ale nieco obawiamy się, że z naszymi ciężkimi bambetlami zawiśniemy niezgrabnie na którejś szynie i nasz zgon pod kołami lokomotywy nastręczy niepotrzebnego stresu jakiemuś bozi ducha winnemu maszyniście.

Wybieramy kładkę. W końcu młodzi jesteśmy, wysportowani. Wtachanie roweru ważącego jakieś 35-40kg to pikuś. Po drugiej stronie okazuje się, że pociąg do Warszawy będzie za godzinę. Jesteśmy tacy głodni, że zjedlibyśmy tyłek Gołej Zośki, a tu wygląda na to, że nie będzie czasu na zjedzenie obiadu (od peronu do miasta jest jakieś 8km i ta cholerna kładka po drodze).

Nie będzie PKP pluło nam w twarz. Mamy wakacje, umartwianie ciała pozostawiamy osobom w habitach. Jedziemy do miasta na porządny obiad, najwyżej zanocujemy w Augustowie i do domu pojedziemy dnia następnego. Tak też robimy, niemniej tym razem dajemy sobie spokój z kładką i próbujemy przedostać się po naszej stronie torów zabłoconą i mega dziurawą drogą terenową. Udaje się, choć w tempie emeryckim.

Wielka pizza i gorąca kawa podnosi morale. W informacji turystycznej na rynku u przesympatycznej pani dowiadujemy się, że jeszcze nie wszystko stracone, albowiem jest jeszcze jeden pociąg zmierzający w pożądanym przez nas kierunku, o którym jakoś na swojej stronie www PKP zapomniało wspomnieć. Z wdzięczności dajemy się naciągnąć na jakieś pamiątki...zgroza 😉

Co tu dużo mówić - z pełnymi brzuchami wracamy naszą błotnistą i dziurawą drogą na peron i ładujemy się do puściuteńkiego pociągu. Nasz wagon (wagon, nie mylić z przedziałem) mamy cały dla siebie, a od konduktora dowiadujemy się, że ten wcześniejszy pociąg jechał z Gdyni i był tak pełny, że sami bez rowerów byśmy się nie zmieścili, a co tu dopiero mówić z bambetlami. Ha!

Żeby nie było za idyllicznie, ostatnie pół godziny podróży spędzamy z pańcią wiszącą przez cały ten czas na telefonie i dziamgającą na cały głos ze swoimi dwoma psiapsiułkami. Nasz wagon nie był jedynym pustym, ale widać w naszym było najpiękniej. Wchłonięta przez ten czas wiedza o rodzinie bliższej i dalszej, chłopakach, mężach, narzeczonych i kochankach starczyłaby na scenariusz niezgorszej telenoweli. Napiszemy go w sekrecie, zarobimy miliony i już do końca życia będziemy tylko jeździć na rowerze 😉 Ech...

GALERIA

 

Sakwy vol. II dzień 10

12 Lipca 2016r. Dokoła jeziora Wigry

Wycieczka "lekka, łatwa i przyjemna" bo bez sakw. Rowery nieobciążone jakoś dziwnie się prowadzą - mocy w nogach za dużo, kierownica lata jakoś luźno na boki, strach się bać...Tego dnia wory zostają w naszej agroturystyce, a my ruszamy dokoła Wigier. 

Po drodze kilka punktów widokowych na jezioro (na jednym z nich pochłaniamy kupiony w Suwałkach sękacz - pewnie nie zaliczyli byśmy go do najzdrowszych dań, ale za to na pewno do jednych z najsmaczniejszych), dla równowagi później zjadamy chłodnik w zajeździe "Widok" (relacja zupełnie odwrotna do sękacza. Może i zdrowy, ale za to średnio smaczny). 

Przez chwilę nasza trasa biegnie równolegle do kolejki wąskotorowej obwożącej turystów. Na jednym z jej przystanków miejscowa artystka sprzedaje swoje wyroby z wosku pszczelego - całkiem udane drobiazgi. 

Już w drodze powrotnej, niedaleko klasztoru na Wigrach zaczyna siąpić deszcz i jest to dla nas sygnał do szybszego powrotu. Na szczęście daleko nie ma bo i żołądki wskazują na porę obiadową. Dziś w menu miejscowa specjalność - Kartacze. Wielbicielom pyz na sterydach serdecznie polecamy. Osobom o mniejszych żołądkach radzimy wziąć jedną porcję na dwoje bo inaczej idzie się ocielić...

Pod wieczór znowu się przejaśnia i możemy podziwiać kolejny spektakularny zachód słońca, do naszych gospodarzy za to wpadł sąsiad z kurtuazyjną wizytą perorować o ciężkim losie na wsi: " Ano jak tam u Was koperek? Ło, to u nas tako samo, k..wa - ni ch..ja".

Kurtyna!

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 9

11 Lipca 2016r. Hańcza –> Wigry

Opuszczamy krystalicznie czyste brzegi jeziora Hańcza i wracamy na trasę Green Velo. Wcześniej jeszcze zbaczamy na chwilę z drogi przyciągnięci przez tajemniczy znak "Głazowisko Bachanowo nad Hańczą", które okazuje się fragmentem łąki pokrytej wieloma głazami (około 10 000 sztuk) o obwodzie nawet do 8 metrów!

Głazy położone są na kilku "tarasach", tak więc aby obejrzeć całość trzeba najpierw przespacerować się stromą ścieżką w dół, a potem z kolei czeka nas wspinaczka z powrotem. Głazy przywiózł nam w prezencie lodowiec aż z dalekiej Skandynawii. Spora ich ilość leży w korycie rzeki Hańczy.

Stosunkowo niedaleko czeka nas kolejna wspinaczka na punkt widokowy w Turtulu - 231 m n.p.m. z którego dostrzegamy staw turtulski oraz kawałek przełomu Czarnej Hańczy. Na dole, koło pozostałości po starym młynie wodnym znajdujemy stację rowerową z narzędziami i pompką z manometrem z której chętnie korzystamy (i dobrze robimy, bo "na oko" to chłop w szpitalu zmarł, a precyzyjne urządzenie jasno stwierdziło, że naszym oponkom należało się już podpompowanie).

Dzisiejszy dzień był pod znakiem punktów widokowych. Udało nam się bowiem jeszcze odwiedzić "Amfiteatr Wodziłkowski", czyli platformę widokową, z której rozciągał się widok na zagłębienie Szeszupy, czyli wytopiskowe jezioro Linówek o powierzchni nieco ponad 3ha. Powstało ono wskutek topnienia bryły oddzielonego kawałka lądolodu. Jak by nie powstało, widok piękny.

Staraliśmy się omijać większe aglomeracje miejskie, niemniej po pierwsze trasa prowadziła nas przez Suwałki, po drugie mieliśmy nadzieję na uzupełnienie mojej pękniętej szprychy (okazały się płonne), a po trzecie w drugim rowerze coś niedobrego zaczęło się dziać z kasetą (mieliśmy nadzieję, że to nie bębenek piasty - to by nas ugotowało na dobre).

Sklepów rowerowych z prawdziwego zdarzenia niestety w Suwałkach jak na lekarstwo, albo nie potrafiliśmy takiego znaleźć. Znaleźliśmy jakiś sklep motoryzacyjno-rowerowy, gdzie udało się wymienić kasetę i łańcuch i drugim rowerze (ceny spoooro wyższe niż w Warszawie), niemniej koło ze szprychą musiało jakoś dotrwać do końca w takim stanie jak było.

Tuż za Suwałkami nad jeziorem Wigry w Cimochowiźnie znajdujemy bardzo przyjemny nocleg w agroturystyce, z widokiem na klasztor na Wigrach. Okazuje się, że nasi gospodarze zajmują się wyrobem "wióra" stosowanego w okolicy pokrycia dachów. 

 

Z balkonu naszego pokoju widzimy całe Wigry i klasztor odbijający się w spokojnej wodzie, a popołudniowy deszcz w połączeniu z promieniami zachodzącego słońca dodają nam atrakcję w postaci tęczy. Rewelacja 🙂

Mieszkamy na cyplu przy ujściu jeziora Leszczewek Do jeziora Wigry, a pogoda dopisuje na tyle, że tego dnia zaliczamy jeszcze kąpiel w Leszczewku.

To przedostatni tak ładny dzień. Można powiedzieć, że udało nam się załapać z naszym wyjazdem na jeden z ostatnich dłuższych okresów ładnej pogody.

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 8

10 Lipca 2016r. Piękna Góra – Gołdap – Hańcza

Piękną Górę opuszczamy z żalem głównie, nie ma co się oszukiwać, z powodu fantastycznego jedzenia 🙂 Gdybyśmy tyle nie jeździli na rowerach to pewnie byli byśmy niezłymi grubasami...

Ale będąc tak blisko Kaliningradu grzechem było by nie podjechać do przejścia granicznego z Federacją Rosyjską - Gołdapu. Tam też zmierzamy. Granicy oczywiście nie przekroczyliśmy. Pomijając kwestię wiz, jakoś specjalnie nam nie spieszno zniknąć bez wieści za wschodnią kurtyną...

Zamieniliśmy kilka słów z bardzo sympatycznym Polskim celnikiem i zawinęliśmy z powrotem na Green Velo. Pogoda wymarzona, wiatr w plecy, a dokoła falujące po horyzont łąki i pola z rzadka poprzetykane siedzibami ludzkimi. Zahaczamy o Puszczę Romnicką - totalne bezdroża, tylko wiatr w uszach i ani żywej duszy poza krowami na polach.

Po drodze mijamy jeszcze miejscowość Kiepojcie w pobliżu której powstała w latach 1911 - 1914 linia kolejowa, oraz miejscowość Stańczyki - w obu tych miejscach znajdziemy ciekawe, wysokie mosty kolejowe. 

Niedaleko miejscowości Golubie opuszczamy na jakiś czas szlak Green Velo i kierujemy się nad najgłębsze jezioro w Polsce - Hańcza. Jezioro to ma też wyjątkowo czystą wodę - widoczność dochodzi do 6 metrów, dlatego między innymi jest często wybierane przez nurków. Nocujemy ad samym jeziorem w zajeździe (nie ma tu niespodzianek) "Hańcza" 😉 Zdecydowanie polecamy - przyjemny nocleg, dobre jedzenie. 

Samo jezioro - marzenie do kręcenia podwodnych filmów. Jedyny minus to bardzo kamieniste dno - brodząc na boso trochę się człowiek nacierpi zanim mu stopy zdrętwieją z zimna i nabawią się znieczulicy...

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 7

09 Lipca 2016r. Przystań –> Gołdap

Droga wciąga, obiecaliśmy więc sobie, że wyruszamy rano z naszego przytulnego domku choćby nie wiem co się działo z pogodą...a działo się nieciekawie. Od rana wisiały sine chmury i popadywał deszcz. Jakoś średnio to lato nam się udało niestety. Odkryte poprzedniego dnia na spacerze Green Velo sprawia, że zbaczamy z zaplanowanej trasy i ruszamy  przyjemną szutróweczką poprzetykaną co 10 km. jeszcze przyjemniejszymi wiatami, które przy panujących warunkach pogodowych okazały się nad wyraz przydatne.

Jeden odcinek GW okazał się mało przyjemny - ktoś wysypał na nim na odcinku ok. 5km bardzo grube kamienie. Niestety akurat złożyło się, że goniła nas spora chmura i musieliśmy mocniej depnąć w pedały aby zdążyć dojechać do wiaty...i to prawdopodobnie na tym odcinku w moim rowerze w tylnym kole pęka szprycha 🙁 Szprych na szczęście było w sumie 36, więc strata jednej nie zaowocowała nawet większym biciem. Niemniej od tej pory trzeba było wystrzegać się szaleństw. Osobom o słabych nerwach mogę od razu uprzedzić fakty - koło wytrzymało do końca wyjazdu z tak minimalnym biciem, że nawet hamulca v-brake nie trzeba było rozpinać. Ufff...

Panująca wilgoć wygania nam pod koła mnóstwo ślimaków Winniczków, tak więc zmuszeni jesteśmy między nimi lawirować jak po obaleniu flaszki bimbru.

W Kętrzynie łapie nas totalne oberwanie chmury, tak więc postanawiamy przeczekać przy kawie i ciastku w bardzo przyjemnej kawiarni (poza tym i tak musieliśmy dokupić trochę prowiantu i pobrać gotówkę z bankomatu). Nie ma tego złego co by na lepsze nie wyszło - gorąca szarlotka z lodami to jest to co tygrysy lubią w chłodny, deszczowy dzień najbardziej 🙂

Green Velo jest piękną trasą na sakwy. Droga lekko faluje, przebiega przez co ciekawsze krajobrazowo miejsca i jest na niej zakaz poruszania się dla samochodów i motocykli. 

Z powodu niepewnej pogody kończymy jazdę tego dnia w zajeździe Piękna Góra - najbardziej luksusowym ze wszystkich noclegów podczas tych wakacji. Zajazd przyjazny dla rowerzystów - rowery można schować w kanciapie, obsługa bardzo miła, ciekawy wystrój (chociaż nie dla osób które odstrasza spora ilość ozdób z rogów jeleni), natomiast hitem programu jest zdecydowanie jedzenie. Gdybyśmy mieli szansę, to chętnie wyściskalibyśmy kucharza. Fantastyczny obiad , śniadanie obfite z mnóstwem wysokiej jakości wędlin z dziczyzny. Gdybyśmy byli wegetarianami to chyba byłby ten moment aby się nawrócić 😉

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 6

08 Lipca 2016r Przystań – Kanał Mazurski – Przystań

Przyjemna sprawa budzić się rano w mikro - domku który mamy tylko dla siebie, a zamiast natarczywych odgłosów miasta słyszeć senny szum deszczu na liściach drzewa wiśniowego za oknem. Gorąca kawa i kanapki z mielonką z puszki którymi na codzień byśmy pogardzili też smakują jakoś inaczej. Na wyjeździe nie nosimy zegarków, możemy sobie spokojnie posiedzieć przy chybotliwym stoliku pokrytym prześwitującą ceratą i patrzeć jak robi się coraz jaśniej bo wiatr przegania ciężkie od deszczu chmury i planować kolejny dzień.

Jechać nam się nie chce w taką pogodę. Nikt na nas nie czeka przestępując z nogi na nogę, nie mamy zaklepanego pobytu w drogim hotelu który mógłby nam przepaść (o zgrozo!),  nie ma też żadnego trenera który by nas do czegokolwiek zmusił 🙂

Kusi nas za to informacja z jednego z folderów które znajdujemy na starym, wysłużonym telewizorze kineskopowym o znajdujących się w pobliżu bunkrach i Kanale Mazurskim. Decyzja zapada więc, że dziś dajemy tyłkom odpocząć i idziemy z buta.

Bunkry zastajemy w całkiem przyzwoitym stanie, tylko większość drzwi i potężnych, stalowych zawiasów została już oczywiście rozkradziona.

W ciemnych otworach na karabiny maszynowe czają się wielkie pająki, mech skutecznie zawłaszcza wielkie bryły ukrywając je przed światem. Bardzo ciekawą sprawą jest tynk pokrywający ściany zewnętrzne - przypomina zmieszane z wapnem glony lub trawę. Nie dziwne, że wypatrzenie tak zakamuflowanych struktur z powietrza graniczyło z cudem.

Idziemy dalej w stronę Kanału Mazurskiego. Jeszcze nie wiemy, że został on przez Niemców nie ukończony, toteż dziwi nas stan zaniedbania tego szlaku wodnego - liczne powalone w poprzek drzewa których nikt nie kwapi się aby usunąć, gęste chaszcze po obu stronach wody. Po drodze spotykamy interesującego, starszego Autochtona zbierającego grzyby, który z chęcią (nawet nie proszony) przyłącza się do nas i chwilę którą spacerujemy razem opowiada historię Kanału i okolicznych wsi, nie omieszka też w mało cenzuralnych słowach wypowiedzieć się o panującej obecnie masowej wycince okolicznych lasów. Idąc obok sarkającego starszego człowieka bez specjalnego wysiłku słyszymy hałas pracujących wielu pił mechanicznych i jęki powalanych drzew.

Sam kanał ciągnie się od jeziora Mamry do jeziora Rydzówka a potem dalej do Rosji. Po drodze mijamy jeden z jazów walcowo-ruchowych który miał zapobiegać powodziom - większość elementów stalowych oczywiście została rozkradziona, niemniej struktura nadal robi wrażenie, niemniej nie tak duże jak następujące po nim dwie, ogromne śluzy: Leśniewo Górne (ukończona w 70%) i Leśniewo Dolne (ukończona w 40%). 

Leśniewo Górne jest gigantyczną konstrukcją uwieńczoną charakterystyczną gapą na froncie (a raczej dziurą w betonie w kształcie hitlerowskiej gapy, albowiem sam metalowy symbol nie został nigdy odlany i zawieszony).

Niedaleko drugiej śluzy, nad jeziorem Rydzówka zjadamy grochówkę w przydrożnym barze i drogą Green Velo (na piechotę oczywiście) ruszamy z powrotem do kwatery. W sumie tego dnia wyszło nam ok. 17km marszu. Na szczęście po drodze wszędzie rosły dzikie czereśnie, więc można się było pożywić...

Ponieważ w miejscowości Przystań nie można liczyć na żaden bar, kupiliśmy w sklepie naszych gospodarzy pęto kiełbasy i upiekliśmy ją na ognisku z widokiem na jezioro Mamry. Resztka chleba dostała się wygłodniałej kaczce z kilkorgiem młodych. 

Mało co tak smakuje jak zimne piwo gdy się siedzi dyndając nogami na pomoście nad Mamrami po całym dniu chodzenia w średnio do tego celu przystosowanych butach spd 🙂

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 5

07 Lipca 2016r – Stary Gieląd – Przystań

Rano pogoda wcale nie nastraja optymistycznie. Miało być lepiej, jest w kratkę - silny wiatr i ciężkie chmury na horyzoncie. Mimo to pakujemy się i ruszamy. Wory są wodoodporne, a my mamy kurtki. Z początku trochę męczymy się p bezdrożach, ale tam gdzie nie ma gładkiego asfaltu z reguły widoki są najlepsze, więc nie ma co narzekać. Od czasu do czasu trzeba stanąć pod drzewem z parasolem gdy dogoni nas jedna z ołowianych chmur.

Dojeżdżamy do Świętej Lipki i tu nieco się wypogadza. Prawdopodobnie (o zgrozo 😉 ) jesteśmy brani za pielgrzymów których zajechały całe autokary - aż ciężko się przedostać z otorbionym rowerem. Motocykliści, piesi, rowerzyści, matki z dziećmi, duchowni. A dokoła kolorowy jarmark tandety. Złoty blichtr, święte obrazki, figurki na szczęście - kto da więcej?

W opustoszałym sklepie spożywczym kupujemy wodę i czym prędzej czmychamy dalej. Co ciekawe, niedaleko w miejscowości Bezławki napotykamy nie niepokojony przez turystów zamek krzyżacki z końca XIVw. Była to siedziba komornictwa podległego prokuratorowi w Kętrzynie (w kierunku którego jedziemy). Zamek pięknie położony - na górce, pod rozpadającym się murkiem kilka wrastających w ziemię grobów z niemieckimi nazwiskami, oplecionych bujnymi pnączami, zaniedbanych. Cisza i spokój. Fantastyczny kontrast w porównaniu z poprzednim, jarmarcznym miastem.

W pobliżu zamku napotykamy ekipę archeologów prowadzących wykopaliska (obiecaliśmy nie umieszczać zdjęć) - pierwszy raz widzimy naukowców w akcji 🙂 Podobno napotkali jakieś średniowieczne groby. Zamieniamy parę słów i jedziemy w swoją stronę.

Dalej napotykamy gigantyczną farmę szkockiego bydła - może i są hodowane na mięso, ale przynajmniej przed rzeźnią mogą sobie spokojnie połazić po wielkiej łące niczym nie skrępowane. Piękny widok, ciekawe zwierzęta.

Obiad tym razem wypada nam w samym Kętrzynie. Zwiedzamy niewiele bo wszędzie tłumy turystów a z rowerem i worami dosyć nam nieporęcznie, ale cokolwiek z zewnątrz udaje się obfotografować. Szybko się stamtąd zawijamy. Nie po to uciekliśmy z dużego miasta, żeby zaraz wjeżdżać do kolejnego. 

Droga prowadzi nas do kompleksu Gierłoz i siedziby Hitlera. Głównego bunkra nie zwiedzamy bo żądają kasy, ale za to obok w lesie poukrywane są też ciekawe pozostałości działalności niemieckiej i to zupełnie za darmo 🙂 I tak plączemy się między ruinami koszar i innymi gigantycznymi betonowymi zabudowaniami, a opuszczając kompleks powoli zaczynamy się rozglądać za noclegiem. 60 kilometrów w nogach i niestety szału nie ma jeśli chodzi o ofertę agroturystyczną...

Tak dojeżdżamy do miejscowości Przystań, ale przedtem zaliczamy ok. 5km najgorszej drogi z całego wyjazdu...Zero pobocza, caluteńka szerokość wyłożona kocimi łbami. Wory się telepią, tyłki nam się obijają o siodełka - jakby mało już na dziś były wysiedziane, ręce drygają jak w delirce, widok przed oczami skacze tak, że zaczyna boleć głowa - nie wyrabia stabilizacja obrazu w mózgu. Prędkość spada do 8km/h i tak się człowiek wlecze zamiast 15 minut - godzinę. 

Na szczęście po tej próbie charakterów spotyka nas zasłużona nagroda - bardzo sympatyczny nocleg w miejscowości Przystań u przemiłej pary prowadzącej też sklep spożywczy. Mamy cały domek gościnny dla siebie, z osobnym wyjściem na ogród z drzewem wiśniowym, stołem, miejscem na ognisko i widokiem na las, obok sklep ze wszystkim co potrzebne do szczęścia, a do tego 5 minut piechotą od gospodarstwa jest zejście nad jezioro Mamry gdzie można sobie posiedzieć z piwem na pomoście. Do tego wieczorem oglądamy mecz Niemcy-Francja. Żyć nie umierać 🙂

GALERIA

Sakwy vol. II dzień 4

06 Lipca 2016r – Stary Gieląd – Mrągowo – Stary Gieląd

W zasadzie niewiele jest do opisania. Ze względu na pogodę zrobiliśmy sobie dzień pieszej wycieczki do Mrągowa żeby poczuć się jak standardowy turysta, drugim powodem zaś była potrzeba kupna drugiego parasola, albowiem ten który mieliśmy dobrze chronił jedynie jedną osobę.

Mrągowo przywitało nas gwarem rodzin z dziećmi, żebrzących młodych kaczek Łysek i zapachami z przeróżnych knajp.

Po odpękaniu całkiem niezłego obiadu w jednej z takich restauracji nadciągnęły chmury i mieliśmy okazję wykorzystać oba nasze parasole w drodze na przystanek z busami. Niestety silne ulewy mają to do siebie, że idą w parze z dosyć silnym wiatrem, przez co deszcz siecze pod dosyć dużym kątem i żaden parasol nie ma z nim za bardzo szans.

Na przystanek dotarliśmy mokrzuteńcy od pasa w dół...Na szczęście w busie było dosyć ciepło i nasze zakupione przed wyjazdem specjalne, turystyczne spodnie natychmiast wyschły. Kolejny plus który warto zapamiętać i zastosować na następnym wyjeździe. Gorzej z butami - te schły do rana a i wtedy wydawały się lekko wilgotne ale cóż 🙂 Na rowerze nie czuć jak nogi walą mokrym psem.

GALERIA